Rozpoczęły się próby sztuki Juliusza Słowackiego pt. „Lilla Weneda” w reżyserii Krzysztofa Prusa.

Występują : Katarzyna Janekowicz, Magdalena Kępińska, Robert Dudzik, Jarosław Góral, Jacek Grondowy Piotr Konieczyński, Igor Kowalik, Kazimierz Krzaczkowski,  Robert Mania,  Jacek Paruszyński, Tadeusz Wnuk.

„Lilla Weneda” druga po „Balladynie” i ostatnia ukończona z planowanego cyklu sześciu kronik, opisujących  mityczne dzieje Polski. W opinii Juliusza Kleinera  - najwybitniejszy dramat Słowackiego.

Podczas najazdu Lechitów Lilla, młodsza córka króla Wenedów dobrowolnie zostaje zakładniczką ich władczyni, Gwinony, mając nadzieję oswobodzić z niewoli swego ojca.

Wenedowie wierzą, że w konfrontacji z prymitywnymi, wyznającymi kult siły Lechitami zwycięstwo przyniesie im magiczna harfa króla Derwida. Nieuchronność klęski rozumie jedynie druga córka króla, Roza Weneda, wieszczka – kapłanka.

Lilla Weneda trzykrotnie ratuje od śmierci Derwida, uwalnia z niewoli braci, ale nie odzyskuje cudownej harfy. W końcu - w wyniku intryg -  umiera męczeńską śmiercią.

Lech, przywódca Lechitów zaczyna rozumieć, że do tego, by na trwałe rządzić narodem, oprócz siły potrzebna jest także jednocząca naród wiara. Do swoich celów wykorzystuje przebywającego wśród Wenedów misjonarza, Św. Gwalberta.

W roli tytułowej zobaczymy Annę Ludwicką.

Premiera na Dużej Scenie 25 września 2010 r. o godzinie 19:00 jest Uroczystą Inauguracją 40-tych Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych

LXVI sezon, pierwsza premiera sezonu 2010/2011.

Premiera na Dużej Scenie 25 września 2010 r. o godzinie 19:00 jest Uroczystą Inauguracją 40-tych Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych

Rozmowa z Krzysztofem Prusem - reżyserem.

- O czym jest „Lilla Weneda”?

– Odwróćmy pytanie i zapytajmy: o czym nie jest? Otóż nie jest o powstaniu listopadowym.

- ???

– Brzmi to trochę jak żart, bo niby dlaczego miałaby traktować właśnie o powstaniu, ale śmiech zamrze nam na ustach, gdy spróbujemy prześledzić recepcję „Lilli” w Polsce. Jakby jakaś klątwa ciążyła na tej sztuce; nie wiadomo kto i kiedy umieścił ją w szufladce „Powstanie listopadowe – kostium historyczny” i od tej pory niewielu znalazło się chętnych, aby ją z tej szufladki  wyciągnąć; spojrzeć na „Lillę” z szerszej perspektywy lub chociażby cieszyć się jej bujną teatralnością, żywą akcją, krwistymi postaciami, specyficznym humorem. A jeśli nawet znalazł się ktoś taki jak Juliusz Kleiner, autor modelowej biografii Słowackiego, który uznał „Lillę” za najwybitniejsze dzieło w dorobku poety, to i tak pozostała ona utworem nie czytanym i nie granym, w ciągu ostatniego dwudziestolecia wystawionym zaledwie trzy razy.

- A jaki jest powód, żeby ją wystawić?

– Powody istnieją co najmniej trzy. Pierwszy jest taki, że trudno się na niej nudzić. „Lilla” czerpie pełnymi garściami z tego samego źródła, co cała literatura – w tej chwili możemy już chyba śmiało powiedzieć – kultura fantasy. Edda, sagi, moczary, krwawe starcia, wojownicze niewiasty – wszystko tu jest, cała magia. Drugi powód jest taki, że w naszej literaturze zdominowanej przez Sienkiewiczowskie dziewczątka o „ustach jak wisienki” i takichże móżdżkach niewiele jest ciekawych ról dla aktorek, a w „Lilli” pojawia się materiał na stworzenie aż trzech kreacji kobiet inteligentnych, przebiegłych, namiętnych w miłości i nienawiści, silnych wewnętrznie, choć postawionych wobec takich dylematów, które są w stanie ich siłą zachwiać. I wreszcie trzeci powód: w „Lilli Wenedzie” kryje się pytanie, które, jak sądzę, nurtuje niejednego z nas. Pytanie to dotyczy wiary: czy wiara w Boga musi oznaczać wiarę w Kościół? W czasach Słowackiego kryzys zaufania wiązał się z nieszczęsną encykliką Grzegorza XVI, w której papież ów potępił Polaków za próbę zachwiania ustalonym porządkiem. Dziś oczywiście mamy inne powody, żeby szukać Boga poza Kościołem, ale przecież nie zmieniła się w nas ta głęboka potrzeba autentycznej wiary, która kiedyś popchnęła Słowackiego z deszczu zwątpienia pod rynnę mistycyzmu Towiańczyków.

- No to spróbujmy jeszcze raz: o czym będzie „Lilla Weneda”?

– O starciu dwóch kultur, z których jedna zginie, a druga, jeśli przeżyje, to za cenę kryzysu tożsamości lub głębokiej duchowej przemiany. O konflikcie, który jest wpisany w dzieje świata, gdzie duchowa kultura – nazwijmy to „Wschodu”, choć  nie zawsze będzie to pojęcie geograficzne –  musi przepaść w starciu z wyzbytą metafizyki kulturą Zachodu. Pamiętamy choćby z powieści Josepha Conrada i Wiliama Goldinga, filmów Wernera Herzoga i F. F. Coppolli istotę tego konfliktu; zmieniają się tylko czas, bohaterowie i miejsce akcji: przedwczoraj Rzymianie w Grecji, wczoraj Europejczycy w Ameryce, dzisiaj Amerykanie w Azji. Sam Słowacki rozwinął temat tego konfliktu w późniejszym od „Lilli” „Śnie srebrnym Salomei”,  gdzie najeźdźcami z Zachodu są Polacy, a ich przywódca, uosobienie katolickiego racjonalizmu wpada w otchłań szaleństwa za sprawą ukraińskich upiorów. Ten sam konflikt istnieje zarówno w „Lilli Wenedzie”, jak na różne sposoby w naszej rzeczywistości. W „Lilli” funkcjonuje jednak w wyjątkowy sposób, więc cieszmy się nią w pełnym kształcie, bo za chwilę zjawi się żądny zabłyśnięcia politycznym zaangażowaniem i społeczną wrażliwością reżyser, który przebierze Lechitów w panterki a Wenedów w burnusy, albo uczyni Lecha szefem światowej korporacji, Derwida zaś prezesem małej rodzinnej firmy rzuconej na pożarcie wielkiemu kapitałowi.

– Na czym więc polega wyjątkowość ujęcia konfliktu w „Lilli Wenedzie”?

Model pozostaje ten sam. Zachód to nastawieni na podbój Lechici pod wodzą Lecha i jego ambitnej żony, Gwinony. Wschód stanowią Wenedowie, czczące siły natury plemię, którym rządzi kapłan-pieśniarz, Derwid. Lechici są silniejsi i w końcu zniszczą Wenedów, ale im bardziej zagłębiają się w wenedyjskie lasy, tym bardziej zdumiewające obszary własnej psychiki przyjdzie im przemierzyć. Wyjątkowość ujęcia polega na tym, że pomiędzy te dwa mityczne światy – Lechitów i Wenedów – Słowacki wstawił świat trzeci, chrześcijan – misjonarzy. Mamy tu Gwalberta, któremu w zmierzeniu się z przemocą i pogaństwem nie pomaga własny, trudny charakter oraz Ślaza, który wprost przeciwnie: skomplikuje i tak skomplikowaną sytuację przez swój absolutny brak charakteru. Podatnym gruntem, na który padło ziarno chrześcijaństwa, okazała się córka Derwida, Lilla. Ale w starciu z okrutnym i niedoskonałym światem głęboka wiara a nawet olbrzymia duchowa siła to za mało. Gdy przyjdzie zmierzyć się z ambicjami Gwinony, brakiem zrozumienia dla przemian Derwida, skostniałą doktryną Gwalberta, tchórzostwem i intrygami Ślaza, ta, dla której wierzyć oznaczało kochać i mieć nadzieję, zginie. Na pobojowisku zostaną Lech, który po konfrontacji z mistycznym światem Wenedów zaczyna rozumieć, że swoją władzę musi oprzeć na religii, św. Gwalbert, który może mu tę sprawę ułatwić (i przy okazji za cenę paru kompromisów zbudować trwały Kościół na ziemi), oraz Ślaz, który „już do śmierci będzie księżym sługą”. No i jeszcze wizja Bogurodzicy.

–  Co oznacza ta wizja?

To już zależy od tego, jak ją chcemy postrzec. Czy Bogurodzica to triumfatorka nad złem, ta sama, do której śpiewali hymn nasi przodkowie pod Grunwaldem (prowadząc zwycięską wojnę z Zakonem pod wezwaniem – o ironio – Najświętszej Marii Panny), czy może jest to sterana życiem matka o twarzy pobrużdżonej łzami, które wylewa nad zwłokami swego syna oraz losem tych, którzy go zamordowali?

Więcej: www.prus.art.pl

* Krzysztof Prus (ur. 1967) reżyser teatralny, absolwent polonistyki (teatrologii) UJ i wydziału reżyserii dramatu krakowskiej PWST. W teatrze szczególnie interesuje go właśnie… teatr, który dzięki swej umowności wydaje się idealnym narzędziem do poszukiwania prawdy o człowieku. Stąd zainteresowanie polskim dramatem romantycznym i szereg jego realizacji („Kordian” - Teatr im. Węgierki w Białymstoku, „Sen srebrny Salomei” - Teatr Śląski w Katowicach, „Mąż i żona” - Tešinské divadlo w Czeskim Cieszynie, „Mazepa” - Teatr Dramatyczny w Płocku, „Nie-Boska Komedia” – Teatr im. Osterwy w Gorzowie Wlkp.). Z tego samego powodu Prus szczególnie interesuje się dramaturgią najnowszą, zwłaszcza taką, która poszukuje autonomicznego języka teatru. W jeleniogórskim Teatrze im. Norwida zrealizował polską prapremierę „Wódki z rumem” Conora McPhersona, „Ray miłośny” wg nie wystawianych nigdy w Polsce „Żywotów pań swowolnych” Brantôme’a, zagrane ponad sto razy i nagrodzone w Warszawie podczas Konkursu Teatrów Ogródkowych „Na pełnym morzu” Sławomira Mrożka. Ulubioną jeleniogórską realizacją pozostaje dla reżysera prapremiera „Far niente”, po której autor i kompozytor Bogusław Schaeffer zaliczył Prusa do czołówki najlepszych interpretatorów swoich dzieł.

25 września – 3 października 2010r – 40 Jeleniogórskie Spotkania Teatralne.


 



Kasa biletowa czynna od wtorku do piątku w godz. 9.00 – 16.00
oraz na godzinę przed spektaklem, tel. 75 64 28 131.
Dyrekcja Teatru zastrzega sobie prawo dokonywania zmian w repertuarze.
Zamówienia na bilety indywidualne i zbiorowe
przyjmuje Dział Marketingu Teatru, al. Wojska Polskiego 38, tel. 75 64 28 130, 31